Tak. Przerwa w blogowaniu wkradła się szybciej niż bym się spodziewała. Ale nie będę się usprawiedliwiać. Kryzysy dopadły mnie szybciej niż się spodziewałam. Na efekty jednak trzeba poczekać. Swoje zaczęłam dostrzegać dopiero na tydzień przed Wielkanocą (a ze względów oczywistych w tym okresie na powrót do bloga czasu było troszkę mało). Po czterech tygodniach mniej lub bardziej regularnych ćwiczeń i, jak na mnie zadziwiająco nieźle, trzymanej diety. Cztery tygodnie podczas których wskazania wagi nie chciały nawet drgnąć.
A wraz ze stałością tych wskazań co chwilę malał mój zapał. Gasł, lecz na szczęście odradzał się na nowo po dniu czy dwóch. Niespodziewane wsparcie znalazłam w znajomych. Wsparcie, a nawet współpracę. Choć prawda jest jedna: pilnować musimy się przede wszystkim sami, innych można oszukać.
Od, nazwijmy to, oficjalnego początku mojego przedsięwzięcia pod tytułem utrata wagi i zdrowy tryb życia minął ponad miesiąc. Do tej pory udało mi się stracić 2 kilogramy. Może nie brzmi to kolosalnie, ale ja już po pierwszym nabrałam chęci na więcej i więcej. Nowej energii do ćwiczeń i wstrzemięźliwości względem jedzenia i kalorii.
Stwierdzam, że udało mi się przyzwyczaić moje ciało do ćwiczeń około 3 razy w tygodniu, a dla takiego lenia jak ja jest to nie lada osiągnięcie. Udało mi się ograniczyć apetyt, przekierować dietę na jogurty, warzywa i wodę. Nauczyłam się wypijać butelkę wody dziennie (co prawda 0,7l, ale nie szalejmy ;) ). Udało mi się wdrożyć zdrowsze przyzwyczajenia.
Oczywiście, nie jestem ideałem osoby wysportowanej czy zdrowo się odżywiającej. Do takich mi daleko. Ale nie pałam niechęcią do aktywności fizycznej, kondycja powoli się poprawia razem z samopoczuciem, jem coraz mniejsze porcje i to coraz rzadziej. W dodatku zbliża się lato. Wreszcie zawitała do nas wiosna - wzywają wyprawy rowerowe jako urozmaicenie fitnessu. W niedalekiej przyszłości jako główny środek transportu. Ale to jeszcze przede mną.
Temat postu mi się rozmył...
Jestem zadowolona z tego, że moje postanowienie się spełnia. Mimo kilku zwiątpień. Efekty zaczynają być widoczne, a lepszej nagrody dla wysiłków chyba nie ma. Sylwetka jest na dobrej drodze. Kondycja się buduje. Teraz tylko nie mogę stracić zapału.
A nawet jeśli gdzieś go zgubię - szybko odnaleźć nowe pokłady. Przypomnieć sobie o trudnych początkach i pokonać nowe przeciwności. Przypomnieć sobie tę radość, gdy wreszcie widać efekty. A to dopiero początek ;)


Nie tylko kilogramy się liczą, ale także nastawienie, motywacja, a u Ciebie wszystko na plus, więc jest cudnie!
OdpowiedzUsuńNie tylko kilogramy się liczą, ale także nastawienie, motywacja, a u Ciebie wszystko na plus, więc jest cudnie!
OdpowiedzUsuńKilka zdrowych nawyków i życie można stać się kompletnie inne. Brawo dla Ciebie! :)
OdpowiedzUsuńNo to wielkie gratulacje! 2 kilogramy to dużo! :)
OdpowiedzUsuńJa biegam od 3 tygodni, a moja waga zamiast się zmiejszyć tylko podskoczyła.. ale nie tracę nadzieji, może po prostu wyrabiają mi się mięśnie i dlatego nie chudnę, zobaczymy za kilka miesięcy czy tam tygodni :)
Trzymam mocno kciuki ! <3
Dziękuję <3
Nie mam pojęcia dlaczego.. no ale jest też dużo innych sklepów, które robią obudowy dla innych marek :)
Trzymam kciuki za dalsze powodzenia ;)
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za wytrwanie :)
OdpowiedzUsuń